Lalkowanie po poznańsku…pierwsze w 2016

Kawiarnia „U Przyjaciół” gościła nas i nasze lalki ponownie 🙂

Tym razem spotkałyśmy się we trzy: Madzia Kolibo, Agatka i jej córcia, no i ja 🙂 objuczona z dwóch stron – z jednej wielka tyrba (tak tak – tyrba a w niej tyrt, kto oglądał „Allo Allo” ten wie o co chodzi, reszta niech żałuje i obejrzy ;)) z aparatem, w drugiej siata z pudełkami lalek i akcesoriów, w trzeciej…nie nie, w trzeciej nic nie trzymałam, luźno zwisała…hihihihi torebkę miałam przewieszoną przez kurtkę i tak dreptałam kawał od parkingu, ale dodreptałam.

Lalki przyniosłyśmy różne. Agata szyje, więc miałam okazję podziwiać jej rękodzieło – a jest co. Przepiękne torebki dla lalek na poniższych fotkach – to jej dzieło. Sukienka dla Fleurki też. Agata ma swoje Fleurki, czego bardzo jej zazdroszczę 🙂 Lenka, jej córcia przyniosła swoje lale też i mogłam na żywo obejrzeć Jollinę Ballerinę. Niezwykła lalka. A tak prezentował się nasz zbiorek:

DSC_0171Jak widać, z każdego gatunku po jednej. Torba z zielonym smokiem to dzieło Agaty. Prześliczna 🙂

DSC_0172Fioletowa torba na kolanach Fleur Aerobic to też dzieło Agaty 🙂

DSC_0165Od góry – Jollina, Teresa i Moxie.

DSC_0176Po prawej Fleur z lat 80-tych ubiegłego wieku 😉 po lewej „czasy współczesne” – z cyklu „Zmiany w wyglądzie zabawek dzieci polskich na przestrzeni wieków”. Wystawa taka 😉

DSC_0179

DSC_0181Monster High Lagoona Blue – córka potwora morskiego i Ever After High Ashlynn Ella – córka Kopciuszka. Obydwie Madzi Kolibo. Kuzynki takie prawie 🙂

Tak naprawdę EAH wypierają Monsterki…dla mnie szkoda, przywykłam do nich. Sama widzę ten proces – w sklepach chociażby. Coraz mniej Monsterek na półkach, a coraz więcej EAH. Chyba mam w domu przyszłe unikaty 🙂

DSC_0182Teresa „Modne Przyjaciółki”, też przyniesiona przez Madzię. Wyjątkowo piękna lalka. O ciepłej, miłej, lalkowej buzi. Jestem wybredna i bardzo krytyczna, jeśli chodzi o jakiekolwiek moldy poza Superstar. Ale ta Teresa urzeka – przynajmniej na żywo. Jestem nawet w stanie wybaczyć jej 100%-owe plastikowe ciało. Brrr 😉

Dziękuję Dziewczynom za bardzo miłe spotkanie – do następnego razu 🙂

Fanklub Jesieni.

Tak, tak. Czasem nawet mam wrażenie, że jednoosobowy fanklub, ponieważ na co dzień muszę odbijać argumenty wszystkich wokół: że zimno, że ciemno, że buro, że koniec lata i w ogóle wszystko jest do kitu – bo cudowne lato się skończyło. Faktycznie – koniec świata 😉 Ja za to bardzo lubię jesień. Za kolory, którymi nas obdarza, za ciemne wieczory, podczas których latarnię i inne świeczki bez wyrzutów sumienia można zapalić (latem nie można – bo świeczka paląca się o 21.00, kiedy na dworze jasno – wygląda dziwnie), za przytulny klimat cieplutkiego mieszkania z kocykiem na kanapie i szklaneczką grzanego winka, za sos ze świeżych kurek (mniam!) i suszone inne grzybki, za ciasto z dyni i wiele, wiele innych fajnych rzeczy, które jesienią mogą się przydarzyć.

Jesiennie spacery w lesie, oddychanie mokrym, zimnym powietrzem (nareszcie, po 37-stopniowych upałach mogę odetchnąć) i obserwowanie jak zmienia się przyroda – to też lubię w jesienne weekendy. A jak się ma dziecko w szkole, które album z jesiennych liści musi zrobić, to nie ma innego wyjścia – zapakować się trzeba do auta, podjechać paręnaście kilometrów i lądujemy w Puszczykowie, na terenie Wielkopolskiego Parku Narodowego, na ścieżce dydaktyczno-edukacyjnej. Aparat do ręki, na rękę rękawiczka, do drugiej ręki woreczek na liście i tak wyposażeni idziemy na spotkanie prawdziwej jesieni. A tam…jak w bajce…kolory, tajemnicze ścieżki, młode i stare drzewa, mnóstwo liści, szyszek, zapach grzybów (niestety tylko zapach 😉 grzybów ani śladu):

DSC_1056

Przy okazji zostałam fanką dębu czerwonego (wcześniej nawet nie wiedziałam że taki istnieje) – prześlicznego drzewa, zmieniającego kolory od zielonego przez żółty, czerwony do brązowego:

DSC_1096

DSC_1082

DSC_1050

Tu poczciwa jarzębina, a na następnych zdjęciach: drzewa 😉 jeszcze nie zidentyfikowałam jakie:

DSC_1052

DSC_1089

DSC_1031

Ciekawe, co czai się za zakrętem…?

DSC_1073…ale to już temat na następną wycieczkę…

Kocham Karpacz!

Minęło sporo miesięcy od ostatniego wpisu. Pracowitych miesięcy. Lalkowo tylko trochę się działo-kupowało, sentymentalne barbiochy z początku lat 80-tych i Skipperki. Ale do rzeczy i tytułu wpisu.

Na razie mam tylko jedno takie miejsce, w którym ładuję energetyczny akumulator. To Karpacz w Karkonoszach. Jeżdżę tam odkąd pamiętam, ponieważ niedaleko – w Łomnicy za Jelenią Górą w stronę Karpacza – mieszka moja bliska rodzina. Nigdy nie zapomnę szumu rzeki-potoku Łomnicy, którego słuchałam jako dziecko i nastolatka przed zaśnięciem, ani widoku Śnieżki rano, o chodzeniu na dzikie maliny i kąpaniu się na żwirowni nie wspomnę 🙂 jednym słowem: sielanka dzieciństwa i wczesnej młodości 🙂

Nie pamiętam, ile razy wdrapałam się na Śnieżkę. Kiedyś bardzo żałowałam, że po naszej, polskiej stronie nie mamy wyciągu. Że musimy iść Białym Jarem, a później jeszcze wyżej, albo archaicznym wyciągiem na Kopę wjeżdżać modląc się po drodze, żeby nie zlecieć z klaustrofobicznego krzesełeczka prosto w dół podczas obowiązkowego postoju na samym środku trasy…:) A dziś uważam, że to dobrze. Przynajmniej się człowiek trochę ruszy zza biurka. Podczas tegorocznej wycieczki do Karpacza, (jakieś dwa tygodnie temu) weszliśmy niebieskim szlakiem od Świątyni Wang do Schroniska Samotnia a dalej na Strzechę Akademicką. Drogę powrotną pokonaliśmy szlakiem żółtym ;/  pierwszy i ostatni raz…podobno zimą szlak ten wykorzystywany jest jako tor do zjeżdżania na sankach. Rzeczywiście – nadaje się idealnie. Zero kamieni wystających, tylko żwirek i stromo i nie ma gdzie, ani jak, przystanąć. Lecisz/biegniesz w dół około godzinkę, uważając żeby się nie daj Boże nie potknąć 😉 adrenalina murowana!

DSC_0977

To widok z Samotni. Tu rzeka Łomnica bierze swój początek – spływa do Małego Stawu, a stamtąd w dół, nabierając tempa 🙂

DSC_0989Idziemy dalej i wyżej – na Strzechę Akademicką – w dole schronisko Samotnia i Mały Staw. Kawa już wypita, buły zjedzone 🙂

DSC_0992

Wejście do Strzechy Akademickiej – najstarszego schroniska w Karkonoszach.

DSC_0999Żegnamy Strzechę Akademicką – do następnego razu! Szlak żółty, tu jeszcze wybrukowany…za chwilę ostra jazda po żwirku.

panorama-karpaczZ górki do Karpacza, a w Karpaczu pod górkę do kwatery 🙂 i tak się chodzi z góry w dół i na odwrót.

 

DSC_1023

Ostanie podejście pod górkę do kwatery…Żal tym większy, że była piękna pogoda.

DSC_1027

Willa Abc z bliska. Dom został wybudowany w 1922 roku, jest odnowiony, zadbany i zachwyca architekturą charakterystyczną dla Karpacza i okolic. Pokoje mają werandy z widokiem na las albo panoramę Karpacza, a rano można zjeść śniadanko na dworze, prawie w lesie – przed domem. Drzewa pięknie szumią, a gospodarze są przesympatyczni 🙂 rewelacyjne miejsce na wypoczynek.

Kiedyś, przeglądając stare zdjęcia moich rodziców, trafiłam na czarno białe zdjęcie mojego taty na tle gór i jakiegoś czarnego domku o stromym dachu, obok jeziora. Na pytanie – gdzie to jest? otrzymałam odpowiedź – Samotnia. Schronisko, podobno jedno z najpiękniejszych i najbardziej przyjemnych i prześlicznie położonych. I ja tak uważam. Tam jest naprawdę wyjątkowo. Dla chętnych – trochę historii tego miejsca: Schronisko Samotnia

Uważam, że wszystkie schroniska w górach są wyjątkowe. Podczas ostatniej podróży zauważyłam, że przeważnie trącający myszką ich wystrój wcale mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – tworzy taki domowy klimat. Na co dzień jesteśmy tacy coraz bardziej nowocześni, modni…a tam? Cieszy kawa po turecku pita ze szklanki i kanapki domowej roboty wyjęte z plecaka. Poza tym, od lat nie zmieniło się też jedno – pocztówki i pieczątki. Stojąc w kolejce po kawę w Samotni, zauważyłam przy barze stary drewniany stempel i… wtedy mnie olśniło – przypomniałam sobie z jaką dumą zbierałam zdobyte na pocztówkach lub zwykłych serwetkach pieczątki. Trzeba było najpierw pokonać całą trasę żeby postemplować kartkę 🙂

Tak więc, jak za moich czasów, w Samotni i Strzesze Akademickiej dzieciaki stały w kolejce do stempelka i wbijały do książeczek PTTK dowód na to, że „dały radę”. Moja Córcia też wbiła na pocztówkę dwie pieczątki 🙂

Karpacz odwiedzę na pewno jeszcze wiele razy. Żeby naładować akumulator i nacieszyć oczy. A jest czym:

Ulica Rybacka, biegnie wzdłuż Łomnicy, poniżej centrum miasta. Idąc nią, ma się wrażenie, że czas się tu zatrzymał, jest bajkowo.

DSC_0935

 

Zapora na Łomnicy i mały wodospad na trasie rzeczki:

 

DSC_0927

DSC_0937

W lesie znalezione:

DSC_0928

 

DSC_1025

 

Panna Kota, rdzenna mieszkanka Karpacza. Nawet przyszła po głaski!

DSC_0953

🙂

Lalkowanie po poznańsku II

Tak właściwie to powinno być w tytule „lalkowanie po poznańsku III”, ponieważ w lipcu zeszłego roku spotkałyśmy się po raz drugi, ale ponieważ ta relacja nie ujrzała światła dziennego, więc zostajemy przy spotkaniu zimowym.

W sobotę – 17 stycznia, spotkałam się z Kolibo – Madzią w przepięknym miejscu – kawiarni „U przyjaciół”. Zauroczyło mnie to miejsce zupełnie. Z ulicy Mielżyńskiego w Poznaniu – wchodzimy przez bramę na dziedziniec (uwielbiam dziedzińce w centrum miasta…wchodząc przez niepozorne bramy z tętniącej życiem ulicy – mam wrażenie że – niczym Alicja z Krainy Czarów – przenoszę się do innego świata), a tam na środku stoliki (latem można usiąść na zewnątrz), dookoła piękne kamienice, a po lewej…niepozorne wejście. Po przekroczeniu progu – inny świat 🙂 Panujący wszędzie półmrok sprawia, że w południe czujemy się jakby był wieczór. Wystrój teatralny, mnóstwo zakamarków, oddzielających je kotar, dywanów – tłumiących stukanie butów, zdjęć w ramkach, lampek i innych elementów wystroju sprawiających, że czujemy się wyjątkowo przytulnie.

Zajęłyśmy stolik przy oknie, z którego sączyło się szare światło dnia. Dzięki temu mogłyśmy robić zdjęcia. Niestety nie chciało mi się targać ciężkiej lampy błyskowej do aparatu, więc zdjęcia nie wyszły zbyt jasne. Ale sceneria kawiarni z pewnością nadaje się do robienia zdjęć lalkom. Obiecałyśmy sobie, że następnym razem też się tu spotkamy 🙂 nie mogę się doczekać 🙂

DSC_0226

DSC_0229Komitywa indiańskich mordek 🙂

DSC_0232Tu też komitywa. Po prostu 🙂

DSC_0230Ożywione dyskusje. Nie mogę wyjść z zachwytu nad Clawdeen przerobioną przez Magdę (Kolibo) i Justynę (Borze). Zrobione własnoręcznie dredy, napis na koszulce, pomalowane paznokcie…i te buty, a raczej glany! Myślę, że taka Clawdeen wygląda super!

DSC_0236Skipper i Courtney próbowały uszyć fartuszek Little Debbie Barbie, którą Magda przyniosła ze sobą (poniżej w środku).

DSC_0244Golutka Skipper czeka na ubranko (Cool Tops 1989). Muszę osadzić jej porządnie głowę, bo w ciałku nie ma trzpienia.

DSC_0234Niewiele jest Barbie superstarów z ciemnymi włosami. A szkoda, lalki te są wyjątkowo śliczne 🙂

DSC_0239Halooooo! cztery espresso i 2 razy herbata z prądem prossszzzę!

DSC_0243😉 Spokój tam na dole dziewczęta, bez lamentów proszę, niedługo znów się zobaczymy 😀

 

Boże Narodzenie i tradycja-nie tylko opłatek i karp :)

Macie jakies swoje zwyczaje związane z Gwiazdką?
Ja mam dwa.
Pierwsze już za mną, drugie w trakcie 🙂
Otóż pierwsza tradycja polega na tym, że w przedwieczór wigilijny zawsze spotykam się z przyjaciółką w celu poczucia „magii tych świąt” na starym rynku u nas w Pozen i wymiany podarków, które Gwiazdor zostawił do przekazania ;). Czasem zdarzały się zawieje i zamiecie śnieżne, czasem lód tak skuł kocie łby na rynku, że strach było iść. A dziś wiało. Wprawdzie jak na grudzień było ciepło,ale wiało niemiłosiernie i tym większą miałam przyjemność w piciu gorącej kawki w ulubionej knajpce i słuchaniu starych świątecznych przebojów…Spotkanie niestety już się skończyło,dojechałam do domu i oto czas na drugą tradycję…czyli
Pakowanie prezentów!!!!!! Uwielbiam pakować prezenty! Owijać w przycięty papier,zaklejać taśmą, wypisywać bileciki…to cały rytuał, który nie obejdzie się bez…lampki wina 🙂 tak.lampka winka to nieodłączny element rytuału pakowania 🙂

image

Tak wygląda mój stół właśnie teraz. W oddali jawi się wspomniana lampka 😉

Wesołych Świąt Kochani! Zdrowia, spełnienia – nie tylko lalkowych – marzeń. Miłości, szczęścia i pieniążków…Wszystkiego, co najlepsze 🙂

Idol.

Aerosmith. Tina Turner. Stonesi (mniej). Sting i The Police. Dire Straits. Cher. I on, Joe Cocker. Poznany dzięki tacie, miłośnikowi zagranicznej muzyki rockowej, który nagrywał z telewizji na Kasprzaka co lepsze kawałki. Musiała być wtedy idealna cisza w domu, oczywiście szumy nagrywały się także. Ale jaka radość po odtworzeniu! Kasety były piłowane, póki nie pękały taśmy 😉 Kiedy dorosłam, kupiłam w empiku oryginalne dwie kasety: Joe Cocker – Greatest Hits. Swoją odtwarzałam w walkmanie, póki nie nauczyłam się każdego dźwięku na pamięć, Tacie dałam na Gwiazdkę do słuchania w samochodzie…Do dziś, słuchając w radio najpopularniejszych kawałków z tego albumu właśnie – widzę oczami pamięci siebie w tramwaju, jadącą przez miasto o różnych porach dnia i nocy z nieodłączonym walkmanem.

Moja wieża idoli zaczyna się powoli rozpadać. Najpierw lata temu, kiedy byłam uczennicą ogólniaka – zginął Ayrton Senna, moja wielka miłość i autorytet, a wraz z nim marzenie, że kiedyś uzbieram na bilet na wyścig F1 i zobaczę go na „żywo”.

Ostatnio myślałam o Tinie. Czytałam jej biografię, świetnie napisaną i zaczęłam się trochę martwić jej wiekiem. A raczej tym, że kiedyś jej zabraknie. Dziś właśnie zabrakło. Joe Cockera. Wróciły wspomnienia, pierwszych zasłyszanych kawałków, czasów, w których miało to miejsce, ludzi i ich śmiechu, luzu, marzeń o nieznanej przyszłości…Starzeję się. Starzeją się moi idole. Wiem, że muszą kiedyś odejść, bo kiedyś odejdziemy wszyscy. Nie ma ludzi nieśmiertelnych. Wiem, bo to logiczne. Logiczne, znaczy dla mnie bezpieczne, bo potrafię to rozłożyć na czynniki pierwsze i racjonalnie wytłumaczyć. A dla mnie to poczucie bezpieczeństwa.

Ale dlaczego tak to boli? Wieża zaczyna pękać. Odszedł dziś mój idol, ale kocham jego głos i śpiewać (za dużo powiedziane ;)) jego piosenki będę zawsze. Jestem mu wdzięczna za czas, jaki wniósł do mojego życia…za cudowne wspomnienia. Dziękuję…

 

 

Potwór, Dior i …geny ;)

A było to tak…

Dzisiejsze popołudnie zamierzałam spędzić na moim hobby odmóżdżającym, czyli szyciu. Szycie to dla mnie odskocznia niesamowita, bo bardzo lubię wszelkie manualne zajęcia, a że przy okazji powstaje coś co można na siebie wrzucić, to jest już efekt uboczny 😉

Ale obok mnie usadowił się Najpiękniejszy Klon na Świecie 😉 i fakt ten jednoznacznie dał mi do zrozumienia, że szycia dla mnie nie będzie…nici z nowej kiecki! Wyjęłam więc z teczki wykrój dla Barbie, przyniosłam resztki tkanin i zaczęłam szyć kieckę….tyle, że dla lalki. Wyłączyłam się jak zwykle i zajęłam krojeniem, a Klon tymczasem coś tam dziergała w kąciku, podbierając mi szpilki i wycinając. Po jakimś czasie słyszę: „Mamusiu, może być taki potworek?” Spojrzałam i padłam! Sama wymyśliła, wycięła i pospinała szpilkami coś na kształt stworka z bajki „Robot i potwór”, w dodatku zrobiła mu z tych szpilek oczka i nos! Normalnie Dior mi rośnie w domu, projekt pierwsza klasa 😀 Wzięłam więc igłę z nitką i nauczyłam Klona szyć, trochę pomogłam i wyszyłam buźkę. Cud techniki krawieckiej wygląda tak :

20140517_184923

Szyła moja prababcia, moi rodzice mieli firmę krawiecką, a ja wychowałam się w pracowni pod wielkimi stołami krojczymi i przy terkocie maszyn. Szyć zaczęłam naturalnie i zawsze to lubiłam. A dzisiaj się okazało, że geny poszły dalej 🙂

fajnie 😀

20140517_184944

 

 

Zabawki z dzieciństwa.

Jakiś czas temu Aga Fleurka w swoim poście „Bardzo kochane” pokazała stare, ale jak wynika z tytułu – bardzo kochane – przytulanki. Niewiele później obejrzałam najlepszego przyjaciela Mangusty. Od razu pomyślałam o moim koziołku matołku, który przeżył z mną wiele lat i dożył dnia dzisiejszego (szczęśliwie w jednym kawałku). Obiecałam sobie, że pstryknę mu fotkę i wrzucę do wpisu i dzięki temu uwiecznię jego żywot aż po kres świata i internetu 😉 Z takim zamiarem pojechałam do rodziców (bo tam mieszkają moje stare zabawki)…a tu usłyszałam od Mamusi, że „wiesz…koziołek był brudny… i spakowałam go gdzieś tam, bo musi być wyprany”…coś mi tu nie pasuje w tym tłumaczeniu, ale wolę naiwnie wierzyć, że nie wylądował w śmieciach, tylko za jakiś czas – faktycznie wyprany – dołączy do reszty przyjaciół z lat 80-tych 😉

Ponieważ poza koziołkiem, miałam jeszcze kilka innych ulubionych zabawek, postanowiłam uwiecznić te archaiki i pokazać światu. I tak oto mamy:

2013-11-24-118

2013-11-24-119

Laleczka przywieziona przez rodziców z Węgier mniej więcej w roku 1982. Wtedy miała włosy ciemne i kręcone i w postaci peruki przyklejonej do główki. Oczywiście już ich nie ma 😉 i dlatego na głowie nosi kapturek odkąd pamiętam, żeby nie straszyła…poza tym jest prześliczna. Pamiętam, że wyróżniała się na tle naszych rodzimych lalek tą słodką minką i piegami. No i oczy zamyka…i rzęsy ma – nie sztywne plastikowe jak u naszych były – tylko takie z miękkiego włosia. Tułów i kończyny są zrobione z twardej gumy. Niestety nie pamiętam w jakim ubranku była kupiona, chyba też nie zachowało się ono do dzisiaj, bo na pewno byłoby schowane przez moją Mamusię 😉 razem z innymi zabawkami. Aha  – jeszcze jedno wspomnienie związane z lalką. Któregoś lata byłam na wakacjach nad morzem z rodzicami i poznałam tam dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźniłyśmy. W jakim byłam szoku, kiedy pokazała mi dokładnie taką samą lalkę jak moja – tylko MURZYNKĘ !!. W tamtych czasach lalka murzynka to był kosmos jakiś. Nigdzie w sklepach takich nie było…:) Ten widok wrył się w moją pamięć tak głęboko, że do dziś pamiętam 😀

Kolejną zabawką, którą bardzo lubiłam, było to autko:

2013-11-24-121

Wykonane jest z cienkiej blachy i napędzane widoczną na pierwszym planie wajchą 😉 obudowę chłodnicy musiałam zdjąć, ponieważ w wyniku wieloletniego walenia w inne przedmioty – poluzowały się jej trochę zaczepy. Ale mimo sędziwego wieku – auto pruje jak zdalnie sterowane na baterie…Bardzo lubiłam wsadzać do środka autka takie małe laleczki plastikowe, czarne Murzynki, pewnie wiecie o co chodzi. Jeździły dumne po całym mieszkaniu 🙂

I na koniec – twór rzemieślników polskich – maszyna do pisania – grająca. Ale nie na bateryjki czy prąd…tylko taka ręczna, takie cymbałko-pianinko, hihihihi (mówiłam, że twór). Gra do dnia dzisiejszego…

2013-11-24-122

Tylko papieru do pisania nie da się wkręcić…ciekawe dlaczego 😉

Cieniowana bransoletka z muliny

Będąc w last weekend samą w domu ( 😀 ), nadrobiłam trochę zaległości. Udało się: poczytać książkę (przy okazji odświeżyć kartę w bibliotece, nieużywaną kilka lat), połazić LENIWIE i BEZ POŚPIECHU po sklepach, sfotografować domowe Monsterki (Dziecka też nie było)… i zrobić wreszcie cieniowaną bransoletkę dla mojej kuzynki, którą jej obiecałam jakiś czas temu. Wzór znalazłam w domu i przedstawiłam go w poprzednim wpisie. Bransoletkę musiałam wydłużyć o 2 kwadraty, bo oryginał był ciasnawy nawet na wąski nadgarstek. Zastanawiałam się, czy przez to wydłużenie nie rozsypie się kolor „boczków” czyli tego co wypełnia romby. I owszem 🙂 mają inny kolor, ale to nawet ładnie wygląda. Dziergałam tak kilka godzin, podsłuchując co tam w X-factorze piszczało 😉 a na końcu zaczęło mi się wszystko rozmywać przed oczami, więc rżnęłam w kąt robotę 😉 i skończyłam następnego dnia, kiedy to musiałam ogarnąć chałupę na powrót domowników. Oto etapy pracy:

 

 

13042013144

Na pierwszym etapie robótka, na drugim moje bardzo seksowne kolano w jeszcze bardziej seksownych spodniach ;> hehehehe Wybaczcie jakość zdjęcia, ale było robione telefonem, bo nie chciało mi się latać po domu ze zwisajacą muliną z kolana i targać aparatu 😀 Pierwsze 2 kwadraty są takie same, bo musiałam dodać długości bransoletce.

13042013145

Powyżej półmetek pracy.

13042013147

I efekt końcowy:

14042013150[1]

Zapomniałam zrobić zdjęcie bransoletki, którą Dziecko zamówiło u mnie – wzór w rybki. Bransoletka była noszona 1 dzień (i tak długo), potem wylądowała na głowie Abbey. Okazało się, że pasuje idealnie jako opaska na głowę, dodając lalce hipisowskiego stylu 🙂

Wiekowa bransoletka z muliny

Będąc uczennicą ogólniaka nauczyłam się pleść bransoletki z muliny. Wtedy był na nie szał, plotło się dosłownie wszędzie, zapinając agrafkę z robótką na kolanie (na dżinsach oczywiście a nie na gołym ;)). Miałam w swoich zbiorach bardzo różne wzory i jak to z moimi rzeczami 😉 bransoletki były skrzętnie schowane „na zaś” lub też „dla przyszłych pokoleń”. Tak się składa, że mam też kuzynkę czternastolatkę i że teraz też jest moda na plecione bransoletki z muliny. Jako dobra kuzynka 😉 postanowiłam odświeżyć wiedzę i nauczyłam młodą jak to się robi. Jeden wzór szczególnie przypadł mi do gustu, jest symetryczny, kolorowy i ładnie się prezentuje na ręce nastolatki 😉 Poniżej na zdjęciu najpierw pierwsza moja bransoletka samodzielnie upleciona…widać te krzywe węzełki, hihihi ale właśnie ją sfotografowałam, bo mam do niej sentyment. A niżej – bransoletka tytułowa. Wiekowa, bo ma coś około 20 lat i cały czas jest aktualna. DSC_5515

Teraz mam rozpoczętą bransoletkę z wzorem w rybki – zamówienie od dziecka 🙂 Ale mnie wzięło na robótki ręczne 😀

Previous Older Entries

%d blogerów lubi to: